Kategorie: Wszystkie | Brazylia | Filipiny | Hong Kong
RSS

Filipiny

niedziela, 27 czerwca 2010

Na Filipinach wśród tysiąca wysp, raf i jedynych w swoim rodzaju widoków każdy odnajdzie swój prywatny raj. Mnie najbardziej zachwycił Palawan, który otoczony jest blisko 2,5 tys. wysepek i skał wulkanicznych, tworzących malowniczy archipelag. Jest to wyspa zupełnie inna od wszystkich innych filipińskich wysp - najbardziej dzika i tajemnicza. Mimo iż zjeżdża się na nią coraz więcej turystów, wciąż można odkryć zupełnie dzikie, nieskazitelnie czyste,a przy tym zupełnie nieznane jeszcze tak zwane sekretne plaże, na które da się dopłynąć tylko łodziami.

Na Palawan najlepiej dotrzeć samolotem z Manili lub Cebu. Niska cena biletów Cebu Pacific sprawia, iż bez wahania kupujemy bilet. Widok z okna samolotu jest niesamowity.  Lądujemy w Puerto Princesa - największym mieście na Palawanie. Na lotnisku wita nas orkiestra dęta. Po wyjściu z obszaru lotniska czeka już na nas standardowo rozkrzyczany tłum tubylców z reklamami różnych pensjonatów. Wśród nich ulotki oferujące wycieczkę do Puerto Princesa Subterranean River - skryta w dżungli Palawanu podziemna rzeka należy do najdłuższych tego typu na świecie. Ma aż 8km długości. Niestety mamy mało czasu, więc postanawiamy zabawić w Puerto Princesa jeden dzień i udać się na północ do El Nido, gdzie znajdują się jedne z najpiękniejszych i najbardziej nienaruszonych plaż na świecie. Ignorujemy nagabywaczy i kierując się własną intuicją łapiemy rikszę i jedziemy do wyszukanego w Lonely Planet jednego z tańszych w mieście pensjonatów. Banwa Pension okazuje się być strzałem w dziesiątkę! Hostel wypełniony jest młodymi ludźmi, ledwo udaje nam się załapać na 2 ostatnie łóżka. Klimat jest niesamowity - jest to jedyny w swoim rodzaju hostel, otoczony dziką roślinnością oraz różnymi filipińskimi rzeźbami oraz maskami. Można się zrelaksować w hamaku na tarasie, gdzie zwisają dzikie rośliny, leci muzyka, można się też samemu obsłużyć w barze, a co najważniejsze nawiązać rozmowę z innymi globtroterami z odległych zakątków świata. Nam udaje się poznać Francuzów, Australijczyków oraz Amerykanów - rozmowy ciągną się do rana, kiedy to nastaje czas wyjazdu do El Nido. W międzyczasie udało nam się wymknąć na miasto, które w nocy tętni życiem. Musiałyśmy wyjąć gotówkę z bankomatu, gdyż na całej reszcie wyspy nie ma już bankomatów i jeśli komuś zabraknie gotówki to może mieć nie lada problem. Kupiłyśmy też świece, gdyż prąd wyłączają o 23, a latarek oczywiście nie wzięłyśmy. Skoczyłyśmy jeszcze na  obiad w przez przypadek odkrytej szwajcarskiej restauracji. Emerytowani Szwajcarzy przeprowadzają się na Palawan, często wykupując całe wyspy.

Banwa

Banwa Pension

Droga do El Nido wcale nie jest łatwa. Już wcześniej doradzono nam, abyśmy nie łapały lokalnego dżipneja, gdyż przejazd chociaż  o wiele tańszy, jest niesamowitą udręką. Droga do El Nido jest piaskowa, a przy tym wąską i kręta, a w dżipneju nie ma okien, więc cały kurz z drogi leci na pasażerów. Miałyśmy szczęście, iż załapałyśmy się do prywatnego busika, który wprawdzie zapchany turystami gorzej niż puszka sardynek, to miał przynajmniej szyby, które chroniły przed kurzem. 6 - godzinna podróż zleciała mi migiem - wszystko dzięki cudownym widokom z okna, które pochłonęły cały mój czas. Ciągle zmieniające się olbrzymie palmy, na przemian z oryginalną linią brzegową oraz drewnianymi domami na palach, które skonstruowane są w taki sposób, aby przetrwać jesienne tajfuny. Wszystko sprytnie przemyślane. Kierowców mieliśmy dwóch ściśniętych na jednym siedzeniu, żeby było ciekawiej, gdyż chcieli upchnąć jak najwięcej turystów. Chociaż nie ma pasów, a samochód co i raz balansuje nad przepaścią - dziwne to, ale nie czuje strachu, nie mam siły sie nad tym zastanawiać...

Nareszcie w El Nido. Okazuje się, że mój plecak był na samym czubku dachu i podczas jazdy cały się zakurzył - w efekcie zmienił kolor z czerwonego na biały - możecie sobie wyobrazić moją minę ... Od tej pory zamierzam wrzucać go do czarnego wora po śmieciach przed oddaniem do rąk kierowców - tak jak doradzali w przewodnikach! El Nido okazuje się być otoczone potężnymi klifami, które nadają miejscowości niesamowite wrażenie. Jest to niewielkie miasteczko z kilkoma wąskimi uliczkami i hotelami nad samą zatoką. Plaża nie robi aż takiego wrażenia, gdyż jest nieco zanieczyszczona przez miejscowych, natomiast tuż za klifami kryją się przecudne małe plaże, każda inna i każda bajeczna na swój sposób. Można się na nie dostać niewielkimi charakterystycznymi dla Filipin katamarami (bangka), które zabierają nas w te niesamowite miejsca. Przy Wielkiej Lagunie, która robi niesamowite wrażenie turkusowo-błękitnej poświaty, wskakuje do wody i snorkeluje.  Do El Nido wracamy o zmierzchu. Miasteczko pogrąża się w ciemności, gdyż trzeba oszczędzać prąd z generatora. Plaża oświecona jest świecami. Na drugi dzień wybieramy się na kolejne ukryte wysepki i nie możemy się nadziwić, że wciąż zaskakują nas coraz to nowsze widoki.

Palawan

Palawan                                                                                              fot. kasiatzr

Palawan

Banka                                                           fot. kasiatzr




 

poniedziałek, 03 maja 2010

Manila

Chociaż Manila jest nowoczesnym miastem ajzatyckim z rozrywkowo-turystycznymi dzielnicami, slumsy,m upał i wszechogarniająca bieda są często nie do zniesienia. Poruszamy się transportem publicznym, jednak w miarę możliwości łapiemy także taksówki. Niestety w ciągu 2 dni nie udało nam się zbyt dużo zwiedzić. Kiedy udaliśmy się na Cmentarz Chiński, na stacji metra obskoczyła nas zgraja rikszarzy przekrzykujących jeden drugiego. Nawet policja zdała się na nic i nie mogliśmy przejść. Postanowiliśmy nie ryzykować więcej i cofnęliśmy się do metra. Na koniec obrzucili nas jakimiś zielonymi rzepami ... Zaszyliśmy się w Makati, gdzie jest w miarę bezpiecznie i przyjemnie. Cieszyliśmy się na wyjazd z Manili. Wszystko inne, byleby już ulotnić się z tego zatłoczonego, często niebezpiecznego i parnego miasta.

riksiarze

Rikszarze - Manila                                                                                  fot. Renata

Cebu

Cebu City - to taka mniejsza Manila. Mimo wszystko czujemy się o wiele bezpieczniej. Naszym głównym celem w Cebu było odwiedzenie studentów języka niemieckiego w Sprach Institut Cebu. Zostajemy bardzo miło przyjęci. Mamy także zapewniony nocleg, wprawdzie bardzo skromny, ale dzięki temu udaje nam się doświadczyć, jak żyje się młodzieży filipińskiej, poznać ich marzenia i plany. W szkole 90% uczniów to w zasadzie uczennice. Filipinki uczą się niemieckiego, gdyż mają niemieckojęzycznych chłopaków bądź narzeczonych (przeważnie w starszym wieku), którzy im owe kursy sponsorują. Większość z dziewczyn marzy o wyjeździe do Niemiec. Bieda zmusza młodych filipińczyków do różnych przedsięwzięć. Wiele z nich decyduje się na prostytucję, bądź za wszelką cenę chcą wyjechać z kraju.

Music Philippines

 Filipińczycy i ich niezliczone talenty muzyczne                                       fot. Renata

Mayo

Jedziemy na dworzec w Cebu, aby złapać autobus do Mayo, skąd przeprawimy się łodzią na jedną z najpiękniejszych wysp filipińskich - Malapascuę. Na dworcu w Cebu - to, co zwykle, obskakują nas nagabywacze i doradzają, do którego autokaru wsiąść. Jest to nie do wytrzymania, aż nie chce nam się wysiadać z taksówek. Taksówkarz doradza nam prywatny busik, który odjeżdża z pobliskiego przystanku. Mamy szczęście, załapujemy się na wprawdzie trochę droższy (170 PHP), ale wciąż śmiesznie tani i szybciutki busik do Mayo. Zajeżdżamy juz dobrze po 21. Okazuje się, że łodzie na Malapascua już nie kursują i trzeba wykupić rejs specjalny za opłatą 10 razy większą od normalnego biletu! Nie nabieramy się na to i nocujemy w jedynym lokalnym hoteliku, który wprawdzie cały w karaluchach, ale za to z tarasem i nawiewem. Wioska portowa Mayo okazuje się bardzo przyjazna - na ulicach mnóstwo dzieci i młodzieży, którzy przyzwyczajeni są do turystów.

Mayo

Mayo - czyż te dzieci nie są urocze?                                                          fot. Artur

Malapascua

Na drugi dzień rano przepływamy łodzią na Malapascua (50PHP ok. 30min). Ponieważ trafiamy na odpływ, musimy zapłacić dodatkową kasę za podpłynięcie mniejszymi łódkami do brzegu. Na miejscu okazuje się, że wreszcie jesteśmy w raju :) Wysepka okazuje się prześliczna i na dodatek wogóle prawie nie ma na niej turystów. Udajemy się do pobliskiego hotelu Blue Corals Beach Resort na Bounty Beach, a ponieważ jest nas aż 6 osób, w tym Artur - dziennikarz,  udaje nam się wytargować połowę ceny za noclegi, które wcale nie są na tej wyspie tanie. Pani nie jest zbytnio zadowolona naszym targowaniem, ale w końcu ze względu na kryzys i brak turystów ugina się ku naszej uciesze. Wyspa jest bajkowa - piękne czyste plaże, krystaliczna woda i brak ludzi. Można zrobić kurs nurkowania lub udać się na snorkeling wokół wyspy. W przeciwieństwie do Boracay nie ma żadnych nocnych klubów, co niektórych może zmartwić. Są za to bary i piękne zachody słońca. Wiele par przyjeżdża na Malapascua, aby wziąć romantyczny ślub. Żywimy się tuż przy plaży w Mabuhay Bar&Restaurant - po 18:00 szwedzki stół za 200PHP. Można się objeść do syta, a później skorzystać z internetu lub popatrzeć na występy Ladyboys - jedynych w swoim rodzaju mężczyzn przerabiających się na kobiety (poniżej fotka - tak to facet :P)

Malapascua

Malapascua - Bounty Beach               fot. Artur Centrum Języka Niemieckiego DACHL

Malapascua

Malapascua                                                                                         fot. Kasiatzr

Malapascua

Malapascua - Bounty Beach                          fot. Kasiatzr

 

Sunset

Sunset                                            fot. Artur Centrum Języka Niemieckiego DACHL

ladyboy

Ladyboy                                                                                               fot. Łukasz

piątek, 30 kwietnia 2010

Z Baguio do Banaue (Tarasy Ryżowe) jechaliśmy prawie całą noc.  Jak się okazało, mimo iż Clark jest na mapie dużo bliżej niż Manila, to bardziej opłaca się wrócić do Manili i tam złapać szybki autobus. Nie mieliśmy tego szczęścia. Jak wysadzili nas przy drodze o 6 rano, to pierwszy raz poczułam się jak na końcu świata. Banaue okazało się niezbyt dużą, ale całkiem ożywioną wioską z kilkoma hotelikami. Miejscowi byłi przyzwyczajeni do turystów, którzy regularnie się zjezdzają na podbój tarasów. Zatrzymaliśmy się w pierwszym lepszym hostelu przy drodze (People's Lodge and Restaurant ok. 250 PHP/os.). Widok z tarasu hostelu przepiękny, szczególnie o wschodzie słońca! Pokoje przyzwoite, gdzie niegdzie karaluch, ale to na Filipinach zupełnie normalne. Brak ciepłej wody - to też filipiński standard, do którego bardzo trudno się przyzwyczaić. W najlepszym wypadku woda jest letnia.

People's Lodge

Banaue - widok z hoteliku People's Lodge                                                fot. Kasiatzr

Dzień 1 - jesteśmy padnięci po podróży - wybieramy się na lokalne tarasy, czyli Banaue Viewpoint hike. Jest straszny upał, a droga pod górkę. Nie dajemy rady i łapiemy jeepneya. Widoki przecudne, jedyne w swoim rodzaju. Z drugiej strony po drodze mnóstwo zawalających się chatek skleconych z drewna lub metalu, wielodzietne rodziny i wręcz zdychąjące z głodu psy! Pierwszy szok biedy za nami. Mieliśmy trochę cukierków, dzieci bardzo się ucieszyły. Nawet jak teraz o tym myślę jest mi przykro. Można zwiedzać Filipiny żyjąc widokami, ale niestety bieda na każdym kroku, szczególnie na północy jest momentami przerażająca.

Banaue

Banaue viewpoint                                                                                 fot. Kasiatzr

Philippine's kids

Słodka filipińska gromadka                                                                   fot. Kasiatzr

Udajemy się do lokalnej szkoły - pomysł Artura, którego interesuje różne ciakawostki w obcych krajach. Zwiedzamy całkiem porządną prywatną szkołę katolicką. Dzieci bardzo fajne, ubrane w mundurki i grzeczne. Śpiewamy piosenki i dzielimy się doświadczeniami. Okazało się, że jesteśmy pierwszymi turystami, którzy zainteresowali się odwiedzeniem szkoły. Później jeszcze tego samego dnia spotkamy wieczorem te grzeczne uczennice, które poproszą Renatę o papierosy :P

school kids

Banaue - szkoła podstawowa                                                                 fot. Kasiatzr

Na drugi dzien okazuje się, że wycieczka na te znane duże tarasy ryżowe wcale nie jest najtańsza (ok. 700PHP/os.). Podłączamy się pod jeepa Austriaka, który podróżuje ze swoją dziewczyną i przewodnikiem. Wycieczka jest inna niż wszystkie, gdyż udajemy się na mniej znane Tarasy Ryżowe oraz na Hot Springs, czyli źródełko pomiędzy tarasami. Wyjeżdżamy o 7 rano, gdyż w południe słońce jest nie do wytrzymania i trudno spacerować. Widoki przepiękne, o wiele piękniejsze niż w samym Banaue.

rice terasse

Młodziutki ryż                                                                                       fot. Kasiatzr

hot springs

Hot Springs                                                       fot. Kasiatzr

Zatrzymujemy się w restauracji na wzgórzu, prowadzonej przez angielską parę. Widoki z restauracji zapierają dech - wszędzie pusto, niewielu turystów. Aż trudno uwierzyć.

Banaue

Banaue

Widok z restauracji na Tarasach Ryżowych                                              fot. Kasiatzr

Wracamy padnięci, ale w pełni usatysfakcjonowani. Mamy dosyć chodzenia po górach i marzą nam się niebiańskie plaże na południu. Przed nami jeszcze długa droga, nim ujrzymy morze ...

Wiele osób zastanawia się, czy warto jechać na północ Filipin - zdecydowanie warto, jeśli tylko ktoś ma odpowiednio dużo czasu.




czwartek, 29 kwietnia 2010

Luty 2010

Na Filipiny polecieliśmy w 6 osob w różnym wieku. Znamy się z Centrum Języka Niemieckego DACHL w Warszawie, gdzie pojawił się pomysł podróżowania po Filipinach w celu zapoznania się ze studentami języka niemieckiego w Azji Południowo-Wschodniej.

Wylądowalismy na lotnisku w Clark - miasteczku położonym ok 1.5h na północ od Manili. Na miejscu zadecydowaliśmy, iż udamy się najpierw na północ na Tarasy Ryżowe. Niestety nie było to takie łatwe, jak nam się wydawało. Z lotniska w Clark trzeba przedostać się najpierw na dworzec w Clark - jeepneyem lub taksówką. Zdecydowaliśmy się na taksówkę, ponieważ podróż jeepneyem ze wszytskimi bagażami wydawała nam się na początku przerażająca. Na dworcach filipińskich z reguły panuje chaos, do turystów często podbiegają kierowcy lub inni tubylcy, biorą bez pytania bagaże i pakują do autokarów, oczekując później niewinnej zapłaty za 'bezinteresowną' pomoc. Zapakowani w autokar, który przypomniał mi wyjazdy na kolonie sprzed 15 lat, ruszyliśmy w niespodziewanie długą drogę do najbliższego większego miasta na północy Baguio. Wyspy filipińskie ogólnie nie wydają sie duże, ale np. na północy drogi są dosyć kręte i jedzie się nad różnymi przepaściami i wtedy czas jazdy ostro się wydłuża. Z Clark do Baguio zajęło nam ok 8h. Jak zajechaliśmy na miejsce była już noc. Udaliśmy się na posterunek policji, aby zostawić bagaże. Policjanci (Tourist Police) okazali się bardzo pomocni. Mieliśmy duży problem ze znalezieniem noclegu, chociaż w końcu udało nam się znaleźć całkiem przyzwoity apartament tuż przy głównej ulicy.

Baguio

Z zaprzyjaźnionymi policjantami w Baguio                                                  fot. Artur

Okazało się, że Baguio jest bardzo popularne wśród Filipińczyków, którzy zjeżdżają się tam na wakacje, gdyż jest to w miarę chłodny rejon o tej porze roku w porównaniu do innych części Filipin (były ok. 23 stopnie) ... Być może dlatego można tam kupić super wielkie soczyste truskawki i czereśnie, których nie uprawia się w innych częściach Filipin.

Baguio

Filipińskie truskawki                        fot. Artur - Centrum Języka Niemieckiego DACHL

Okazało się, że zbliżał się festiwal kwiatów (Panagbenga Flower Festival), co dodatkowo spotęgowało ilość przyjezdnych. Miasto tętniło życiem, na ulicach kręciło się mnóstwo młodzieży, odbywały się koncerty i różne pokazy. Można było zakupi wiele świetnych pamiątek - ręcznie malowanych obrazków oraz jedynych w swoim rodzaju różnych przedmiotów zrobionych ze zwykłych gazet, w tym nawet mebli! Mimo iż wszystkie pamiątki kosztowały niewiele, czasami wydawało mi się, że ceny podnoszone są dla "białych turystów" i zaczynałam się targować. W większości przypadków niepotrzebnie, gdyż Filipińczycy cenią swoją pracę i można ich łatwo urazić, a wtedy z pamiątkami można się pożegnać ...

meble z papieru

Meble wykonane z gazet                   fot. Artur - Centrum Języka Niemieckiego DACHL

obrazek z bambusa

Ręcznie malowany obrazek w bambusowej ramce                                        fot. Artur

Zmęczeni podróżą, szukaniem noclegu i nowymi doznaniami postanawiamy zabalować w Baguio jeszcze jeden dzień, aby w pełni sił ruszyć na tarasy ryżowe, które były naszym głównym celem podróży na północ kraju.

jeepney

Lokalny transport - Jeepney                                                                  fot. Kasiatzr

 

wtorek, 27 kwietnia 2010

Przed podróżą proponuje udać się do

Ambasady Republiki Filipin w Warszawie

ul. Lentza 11 Wilanów

Pon - Pt 9-12; 13-17

Tel. 22 490-20-25

e-mail: pe.warsaw@gmail.com

Na miejscu można nabyć wszelkie informacje oraz darmowe mapy i broszury, co bardzo przydaje się na miejscu :) Niestety w chwili obecnej nie ma na rynku przewodnika po Filipinach w jez. polskim. Osobiście polecam przewodnik Lonely Planet Phillippines w jęz. ang. wyd. z 2009 lub The Rought Guide to the Philippines z 2007 roku. Obydwa można nabyć za ok. 70-80zl (nowy) na internecie lub w księgarni na Kolejowej w Warszawie (www.travelbooks.pl).

flaga filipin

Wiza i pieniądze

Wiza generalnie nie jest potrzebna, jeśli jedzie się na krócej niż 21 dni. Jak ktoś zostaje dłużej, to proponuje skoczyć na 2 dni na Borneo i wrócić lub nabyć wizę w Ambasadzie, koszt ok. 100zl czeka się zazwyczaj 3-4 dni, ale można ich nacisnąć i w 1-2 dni załatwić:). Jeśli ktoś nie ma czasu załatwiać wizy wcześniej to można też wyrobić na miejscu na lotnisku i wtedy płaci się $50. Trzeba mieć ze sobą 2 zdjęcia.

Walutą Filipin jest peso filipińskie (PHP). Bankomatów jest mało i tylko w większych miastach, nie ma za to problemów z wymianą walut. Radzę robić to w bankach lub w sprawdzonych kantorach, gdyż w mniejszych miejscowościach mogą próbować oszukiwać.

Kiedy jechać

Na Filipinach występuje pora sucha i deszczowa, która trwa od połowy maja do połowy października. Deszcze są z reguły ulewne, ale krótkie. Porę deszczową poprzedzają największe upały. Dlatego w kwietniu temperatury potrafią osiągnąć 35 stopni. Zaś od listopada do marca średnie temperatury wahają się od 23 do 28 stopni.

Jak dotrzeć

Bezpośrednich połączeń z Warszawy do Manili nie ma, trzeba przesiąść się w jednym z europejskich miast i potem np. w Kuala Lumpur czy Hong Kongu. Z azjatyckich miast najlepiej dostać się super tanimi liniami lotniczymi Cebu Pacific (tragiczna strona internetowa, która dosyć często się zacina, ale ceny kuszą ...) lub Air Asia. Tanie linie, ale komfort lotu jak najbardziej na poziomie. Loty z Singapuru Hong Kongu Szanghaju. My wykupiliśmy lot z Warszawy Aeroflotem do Honkongu i tam przesiedliśmy się w Cebu Pacific do Manili. Wiele osób lata także KLM do Singapuru i wtedy się przesiada ... opcji jest dużo. Do 2 tys. można się jednak zmieścić, jak się trafi na odpowiednią promocje lotu do Chin czy Malezji.

Bagaż podróżny

Plecak jak najbardziej, ale dla dziewczyn nada się tez torba na kółkach (dobrze, jakby można ja było nosić na plecach w razie czego). Generalnie drogi są wybetonowane, a miejscowi, szczególnie rikszarze służą pomocą, jeśli chodzi o wnoszenie bagaży itd. Dobrze jest mieć pokrowiec na plecak, bo może się zabrudzić w czasie podróży. Np. mój plecak został wrzucony w jakieś pudła z cementem, a później pan kierowca to już się tylko śmiał, jak go wyjął. Natomiast na Palawanie drogi wyjątkowo się kurzą i też może się nagle okazać, że Twój plecak zmienił kolor ... lol

Pakowanie lekarstw

Na miejscu generalnie można kupić większość lekarstw i to niedrogo, bo sprzedawane są na sztuki. Trzeba natomiast uważać, żeby nie wcisnęli w aptece antybiotyku, bo wydawane są od tak bez recepty. Nam zabrakło głównie leków na gardło. Lotniska w Manili i Cebu są wyjątkowo nowoczesne i klimatyzacja robi swoje ... Łatwo też o zatrucia, mi osobiście pomógł węgiel. Radzę też wziąć coś na oparzenia słoneczne np. Panthenol. i filtr na twarz 50.

Szczepienia

Przed wyjazdem zalecane są szczepionki na żółtaczkę typu A i B, polio, tężec i błonnicę. Dodatkowo można się zaszczepić na japońskie zapalenie mózgu, wściekliznę (oj na miejscu kręciło się wiele bezdomnych psów, szczególnie na wsiach) oraz dur brzuszny. Ja zrobiłam sobie podstawowe szczepienia i wydałam ok. 350zl.

W Warszawie można zaszczepić się w punkcie szczepień Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Eidemiologicznej lub w Wojewódzkim Szpitalu Zakaźnym na Wolskiej.

Malaria

Chociaż Filipiny są uważane za rejon malaryczny, myślę, że branie jakichkolwiek leków jest stratą zdrowia i pieniędzy. Przynajmniej o tej porze roku, co ja byłam (w lutym) nie było żadnych komarów, ani wogóle żadnych innych insektów, oprócz wielkich karaluchów, do których wszyscy są przyzwyczajeni... W hostelach nie ma nawet moskit, oprócz Palawanu. Na północy w okolicach tarasów ryżowych wieczorem było trochę komarów, ale nikogo nie pocięły. Filipińczycy bardziej natomiast boją się Dengi, która faktycznie się zdarza i może być zagrożeniem dla życia.

Bezpieczeństwo

Szczególnie niebezpiecznym rejonem jest południe Filipin (wyspa Mindanao), gdyż zdarzają się tam zamachy terrorystyczne. Reszta Filipiny jest stosunkowo bezpieczna, na złodziei jak zawsze uważać należy w turystycznych i zatłoczonych miejscach - szczególnie w Manili oraz Cebu.

Co jeszcze warto zrobić

  • sprawdzić czy paszport jest ważny przez co najmniej sześć miesięcy
  • koniecznie zrobić kserokopię najważniejszych dokumentów
  • spakować latarkę (np. na Palawanie wyłączają prąd po 23:00)

Gotowy do drogi!

Łukasz Kuciński

Droga na 8 cud świata - Tarasy Ryżowe                                                     fot. Łukasz

 




Contact Me LinkedinFacebook